Kontakt

Masz pytanie? Chcesz zaprosić zespół na koncert? Napisz lub zadzwoń!


Menedżer zespołu:
NEW DAY
Rafał Boniśniak
tel. +48 605 836 704
newday@newday.com.pl


Booking koncertów:
Chrześcijańskie Granie
Mateusz Stolarski
tel. +48 606 451 753
kontakt@chrzescijanskiegranie.pl
www.chrzescijanskiegranie.pl

Piszą o nas...

Boni na Czarnym Lądzie, część III
SEE YOU IN THE FUTURE MALAWI!

     ...trafiamy na pustą, grafitową plażę. Przed nami rozpościerają się fale, przypominając nasze Bałtyckie morze, kamienisty brzeg upstrzony jest różnokolorowymi kamieniami - po prostu raj. To wszystko wydaje się tak nierealne. Cisza, spokój i tylko słońce jest tak bardzo zdradliwe, bo po paru minutach nasze plecy są spalone. Łodzie rybackie na brzegu to proste, zwykłe, wydrążone pnie drzew. Połatane blachą z każdej strony wypływają każdego dnia, by zapewnić byt wielu rodzinom...

NHKOTAKOTA - DALEKA MISJA

Zawadiacy      Kolejny tydzień w Lilongwe upłynął nam znów dość pracowicie. Oprócz warsztatów metodycznych, w naszym studiu powstawały też nowe piosenki z zespołem, od rana do wieczora trwały nagrania, poprawki, dogrywanie wokali. Wszystko to nas tak pochłonęło, że momentami zapominałem, gdzie jesteśmy. Tylko zapach ogniska i orzeszków ziemnych oraz widok z okna studia przypominał, że jesteśmy w Afryce. Czasem odrywałem się od pracy, bo nie sposób było nie spojrzeć za okno, gdy kobieta niosła na głowie belkę ważącą na oko z 60 kg, czy np. skrzynkę coca-coli. Moi przyjaciele z zespołu wytłumaczyli mi, że u nich to normalne. Kobieta nosi wszystko i idzie trzy kroki za mężczyzną. Pytali mnie, bo doszły ich takie plotki, czy to prawda, że w Europie mężczyźni pomagają w domu zmywać. Przyznałem się, że zdarza mi się czasem zmywać i gotować. Wywołało to burzę śmiechu i niedowierzania. Oto odmienność kulturowa pomiędzy Afryką a Europą! W każdym razie nagrania szły do przodu przerywane od czasu do czasu zanikami prądu. Po kilkanaście razy dziennie, z niewiadomych przyczyn, wyłączano prąd. W końcu w akcie desperacji pożyczyłem od księży UPS, który gwarantował w miarę stabilną pracę sprzętu i komputera.
     Wiele już widzieliśmy dzięki naszym gospodarzom, więc gdy pada propozycja wyprawy do najdalszej misji salezjańskiej o nazwie Nhkotakota, położonej nad jeziorem Nyasa, zgodnym chórem odpowiadamy - jedziemy! Ks. Piotr ma pod opieką 70 kościołów. Msza niedzielna zaczyna się u niego w piątek rano, kiedy wyjeżdża na objazd parafii. Najwcześniej wraca zawsze w niedzielę wieczorem. Korzystamy z okazji, by się z nim spotkać i wyruszamy do Nkotakota. Na miejscu okazuje się, że ks. Piotr musiał jednak wyjechać wcześniej i pozostawił nam misję do dyspozycji. Na stole czekają dwie miski pysznych orzeszków, jedne na słodko (te zjadłem ja!), drugie na słono, oraz kucharz, który ugościł nas kolacją. Już pierwsze chwile na tej misji okazują się nader ciekawe. Po paru minutach Ola głośnym krzykiem sprowadza nas do swojego pokoju. W jej apartamencie na środku podłogi śmiał zamieszkać wielki karaluch! Oczywiście trafia potem jako trofeum myśliwskie do Polski.
     Z kolei w moim pokoju, na szafie, siedzi włochaty pająk, wielkości pięści i póki co nie zamierza dzielić się szafą. W związku z tym mój bagaż zostaje nie rozpakowany. W nocy w moim pokoju mają zebranie szczury. Krzysiek głośno chrapie, więc wybrały mój - cichszy pokój. Nad ranem (to znaczy w środku nocy), około 4, centralnie pod moim oknem władca kurnika rozpoczyna budzenie swojej gromadki - tylko dlaczego akurat pod tym oknem! - tego nie wiem do dziś. (Następnego ranka zostaje nagrany, by potem trafić na płytę). Po tak dobrze przespanej nocy wstajemy, by powitać nowy dzionek mszą św. w domowej kaplicy. Skromna, urocza kaplica stanowi punkt centralny domu misyjnego. Tu w skupieniu misjonarze polecają Panu Bogu wszystkie troski i kłopoty. Po śniadaniu jedziemy nad jezioro - okazuje się, że trafiamy na jedno z dwóch miejsc w Malawi słynące z wypalania ceramiki. Ręcznie robione piękne filiżanki zdobione są miejscowymi wzorami z rybakami.
     Prosto z wypalarni trafiamy na pustą, grafitową plażę. Przed nami rozpościerają się fale, przypominając nasze Bałtyckie morze, kamienisty brzeg upstrzony jest różnokolorowymi kamieniami - po prostu raj. To wszystko wydaje się tak nierealne. Cisza, spokój i tylko słońce jest tak bardzo zdradliwe, bo po paru minutach nasze plecy są spalone. Łodzie rybackie na brzegu to proste, zwykłe, wydrążone pnie drzew. Połatane blachą z każdej strony wypływają każdego dnia, by zapewnić byt wielu rodzinom. Okolica utrzymuje się głównie z rybołówstwa. Z żalem zostawiamy tą cichą oazę, gdzie nie ma turystów oraz zgiełku i wracamy do Lilongwe, mówiąc: Do zobaczenia Nkhotakota. Procesja

FESTIWAL 4 KRAJÓW

     Wraz z naszym powrotem rozpoczynają się na dobre przygotowania do festiwalu. Na pięć dni do Lilongwe ma przyjechać ponad 600 osób z Zambii, Zimbabwe i Namibii. Festiwal ma na celu integrację młodzieży z prowincji salezjańskiej w pd. Afryce. Oprócz poznania odrębnych, a jednak zbliżonych, kultur będzie to wspólna modlitwa, zabawa i po prostu spotkanie.
     Gospodarzami tegorocznego festiwalu są księża misjonarze i szkoła w Lilongwe. Cały teren szkoły zamieniamy na noclegownię, każde wolne miejsce zostaje zamienione na miejsce do spania. Wszystkie przedstawienia i koncerty odbywają się w największej w Lilongwe sali gimnastycznej leżącej na terenie parafii.
Bębniarz      Od czwartku zaczyna się zjeżdżać młodzież. Barwnie ubrani uczestnicy, z bębnami zrobionymi z beczek po oleju, tancerze w strojach narodowych, chóry, zespoły, przedstawienia teatralne. Wszystko to ma się odbyć w ciągu 5 dni. To jedna z niewielu okazji, by dotknąć kultury kilku krajów na jednym festiwalu.
     Wielka spontaniczność i chęć zabawy, która towarzyszy Afrykańczykom tu daje się odczuć nad wyraz. Gdy tylko ktoś podnosi się, by tańczyć za chwilę cały tłum tańczy już z wodzirejem. Gdy pieśń zaczyna garstka śpiewaków, po chwili dołącza się do nich cały tłum. Istne szaleństwo w rytmie bębnów, okrzyków wojowniczych, wzbogacone strojami ze skór dzikich zwierząt - atmosfera wprost nie do opisania. Jak na festiwal przystało, odbył się też konkurs, w którym grupy z każdego kraju prezentowały się w kilku kategoriach, m.in. piosenka, teatr i taniec. Każdy dzień kończy się grubo po północy, a wczesnym rankiem o 7.00 wszyscy są już na nogach. Udział w tym festiwalu to jedna z największych przygód muzycznych, jaka mi się dotychczas przydarzyła. Wielokrotnie stałem zahipnotyzowany słysząc wspaniały śpiew, czy widząc bębniarzy z Zimbabwe wygrywających tak niesamowite rytmy, które jeszcze długo będę analizował zanim je zrozumiem.

SEE YOU IN THE FUTURE MALAWI!

     Już w czasie festiwalu dociera do nas, że nasz czas pobytu w Malawi nieubłaganie zbliża się ku końcowi. Staramy się moment pakowania odsuwać w czasie, ale dłużej się nie udaje. Za dwa dni odlatujemy do domu. Na zakończenie jeszcze uroczysta Eucharystia z wszystkimi uczestnikami festiwalu oraz mieszkańcami parafii. Msza odbywa się na zewnątrz przed szkoła z powodu dużej ilości ludzi. Trzy chóry odświętnie ubrane, dzieci niosące kwiatki, barwna procesja idąca do ołtarza, kobiety uroczyście ubrane w kolorowe chitengi. Znów nas coś zadziwia! Na ofiarę oprócz owoców i kukurydzy wnoszone są żywe kury, jak się potem okazało z kurnika księdza Piotra ;-) Msza trwa ponad trzy godziny, a w trakcie niej słyszymy tyle wspaniałych śpiewów. Co czujemy po miesiącu pobytu w tym przepięknym kraju? Nasi przyjaciele Malawijczyczy mówią, byśmy zostali, przecież miesiąc to tak krótko. Zostawiamy Ruth z jej biurem, gdzie tyle godzin spędziliśmy nad gazetą festiwalową, brata Marka, z którym spędziliśmy wspaniały czas przygotowując festiwal, wspaniałą Mercy, ks. Patricka, ks. Wojtka, ks. Czesława, ks. Janka Bosco i ks. Piotra. Tak bardzo się z nimi zżyliśmy. To naprawdę wspaniała wspólnota, która stanowi jedną salezjańską rodzinę. Czuliśmy się z Wami drodzy Salezjanie wspaniale! Czujemy jak nam Was brak!
     Malawi to teraz nasz drugi dom, do którego mamy nadzieję jeszcze kiedyś wrócić. Nie znam piękniejszego miejsca na ziemi i ludzi tak otwartych na innych. Panie Boże, dziękuję Ci za Malawi i za tych wszystkich spotkanych tam ludzi -

Rafał Boniśniak