Kontakt

Masz pytanie? Chcesz zaprosić zespół na koncert? Napisz lub zadzwoń!


Menedżer zespołu:
NEW DAY
Rafał Boniśniak
tel. +48 605 836 704
newday@newday.com.pl


Booking koncertów:
Chrześcijańskie Granie
Mateusz Stolarski
tel. +48 606 451 753
kontakt@chrzescijanskiegranie.pl
www.chrzescijanskiegranie.pl

Piszą o nas...

Boni na Czarnym Lądzie, część II
W RYTMIE REGGAE

     ...gdy zapadła noc, niebo nad nami wyglądało przepięknie, krzyż południa połyskiwał na niebie, a wokoło niego migotały miliardy świetlnych punkcików. Stałem tak, myśląc, że dla takiego nieba warto było pokonać tysiące kilometrów. Co chwilę rozlegał się w ciszy głuchy pomruk - to hipopotamy zaczynały wychodzić z wody na brzeg.

W RYTMIE REGGAE

Boni z bębnem      Kolejny tydzień upłynął nam bardzo szybko, większość czasu spędziliśmy na prowadzeniu warsztatów, co zajmowało nam niemal całe dnie. Prowadząc zajęcia z zespołem muzycznym odkrywałem każdego dnia nowe rytmy malawijskie, głównie reggae, gdyż muzyka Malawi to w dużej mierze reggae z domieszką muzyki ludowej pochodzącej z pogranicza Zambii i Mozambiku. Ludzie wiele podróżują z powodu wojen czy zamieszek, często też i za pracą, do końca nie wiadomo więc, kto jest rdzennym mieszkańcem danego kraju a kto nie. Dopiero od niedawna zaczęto wydawać dowody osobiste. Ludzie ci podróżując z kraju do kraju przenoszą również swoje tradycje i kulturę a co za tym idzie także i muzykę.
     Rytmy grane przez Paula i Jimiego z zespołem oraz ich pieśni stanowiły dla mnie wskazówkę, w jaką stronę idą młode zespoły, w jakim kierunku podąża ich muzyka. Niewątpliwie jest to bardzo korzenne reggae. Każdy z muzyków oprócz tego, że komponował własne piosenki, to jeszcze grał na wszystkich instrumentach, jakie mieliśmy do dyspozycji. Często kończyliśmy nasze spotkania po zachodzie słońca nie zauważając nawet, że dzień ma się ku końcowi. Idąc spać słyszałem w głowie słowa piosenki w narzeczu chichewa, "Mantha, mantha".
     W środy odbywała się próba chóru szkolnego. Szkolnego właściwie tylko z nazwy, bo poziom, jaki reprezentuje ten chór składający się z byłych i obecnych uczniów Don Bosco Institute, jest bardzo wysoki. Dyrygent przy pomocy kilku zgrabnych ruchów potrafił wydobyć z chóru nie tylko wspaniałe dźwięki, ale też i układy taneczne. Pieśni trwały po 15-20 min, a każdej towarzyszył spontaniczny taniec, jak gdyby sam śpiew był niepełny bez ruchu.

LIWONDE PARK - SAFARI

     Zbliża się koniec drugiego tygodnia naszego pobytu w Malawi. Księża Salezjanie - misjonarze, u których gościmy, postanowili pokazać nam kawałek prawdziwej Afryki. Wyruszamy wczesnym rankiem w piątek, tak by jeszcze tego samego dnia dotrzeć do Liwonde Park, gdzie oprócz safari czeka nas nocleg. Trasa 250 km biegnie przez malownicze tereny, na których co rusz wyrastają gromady lepianek skupionych wokół jakiejś rzeczki lub strumyka. Ciągle nie mogę się nadziwić, jak można jeździć lewą stroną. Malawi podobnie jak Zambia to była kolonia brytyjska, stąd też ruch na drodze jest lewostronny. Mijamy kolejne wsie i zabudowania, wszystkie pokryte słomą lub blachą falistą. Gdzie niegdzie wiejskie sklepiki pokryte są nawet tynkiem. W pewnym momencie ks. Czesiu zatrzymuje jeepa, którym podróżujemy i wskazując na namiot wojskowy oznajmia, że to granica z Mozambikiem. Faktycznie, na namiocie wisi flaga Mozambiku. Po lewej stronie drogi państwo Malawi, po prawej - Mozambik. Wysiadamy, by chwilę choć "spędzić" w Mozambiku. Niestety strażnika nie ma i nikt nie wie, kiedy będzie. Ale gdybyśmy mieli ochotę iść dalej w stronę stolicy Mozambiku, to mamy się nie martwić, na pewno w stolicy ktoś nam podbije wizy... typowo afrykańskie spojrzenie na sprawę.
     Dojeżdżamy do Liwonde - u progu parku wielka brama informacyjna i nic poza tym - żadnego ogrodzenia. Właściwie od tego momentu trzeba bardzo uważać, bo zwierzęta nie boją się samochodów i potrafią wskoczyć na maskę. Strażnik przy wjeździe prosi, byśmy uważali i życzy nam udanego safari.
     Przed naszymi oczyma ukazuje się świat jak z bajki. Olbrzymie kaktusy rosnące jak drzewa. Wielkie baobaby o skórze przypominającej skórę słoni. Podobno diabeł odwrócił drzewo w złości i tak powstały baobaby. Są olbrzymie a ich konary faktycznie przypominają korzenie powykręcane na wszystkie strony. Co chwilę zaskakiwani jesteśmy przez jakieś zwierzęta: kozice, małpy, wotoksy. Celem naszej podróży tego dnia jest przystań nad rzeką Liwonde, która słynie z zamieszkujących ją hipopotamów.
     W końcu zakurzeni, ale bardzo szczęśliwi docieramy nad przystań. Nie jesteśmy sami, oprócz nas jest kilku Amerykanów i Anglików. Rozbijamy namioty, szybko przygotowujemy nasze obozowisko tak, by po powrocie z safari móc rozkoszować się nocą w buszu.
     Przyjeżdża nasz przewodnik z jeepem i wyruszamy w busz ścieżkami znanymi tylko wtajemniczonym. Od razu na samym początku napotykamy stado bawołów, za chwilę dość niespodziewanie natykamy się na słonia, którego podobno nie powinno tam w ogóle być, bo to nie jego teren. Droga zmienia się co chwilę - w górę, z góry. Jedziemy wyschniętymi korytami rzeki, gdyby nie doświadczenie naszego przewodnika i ostrzeżenia, by się mocno trzymać, pewnie nie raz musielibyśmy wypychać jeepa z przepaści. Zjeżdżamy na polanę, by trochę odpocząć i tam naszym oczom ukazuje się stado słoni, w środku te mniejsze ochraniane przez starsze osobniki. Stoimy w bezruchu obserwując je ze zdumieniem i podziwem. Są bardzo dostojne.
     Zmierzch zapada błyskawicznie, słychać śpiew ptaków układających się do snu, w tle porykiwania hipopotamów nad rzeką. Busz pomału zasypia, staramy się zapamiętać te chwile pełne magii i uroku. Rzeka Liwonde
     Czas wracać na nocleg do obozowiska, jak dobrze, że wcześniej przygotowaliśmy namioty i posłania. Teraz jedynym źródłem światła są latarenki naftowe pozostawione przy naszych namiotach. Ich blask wystarcza, by oświetlić miejsce u wejścia do namiotu, poza tym ciemno... Myjemy się w łazience przyświecając sobie latarniami, nagle Ola dostrzega olbrzymią jaszczurkę na ścianie. Jaszczurka jest zielona i szybko chowa się w zakamarkach łazienki. Więc jednak trzeba uważać.
     Zapadła noc i niebo nad nami wygląda przepięknie, krzyż południa połyskuje na niebie, a wokoło niego miliardy świetlnych punkcików. Stoję tak myśląc, że dla takiego nieba warto było pokonać tysiące kilometrów. Co chwilę rozlega się w ciszy głuchy pomruk, to hipopotamy zaczynają wychodzić z wody na brzeg. Ostrzegano nas, by nie wychodzić w nocy z namiotów. Nie traktowaliśmy tego serio, no bo jak my, z Polski, mamy się bać jakichś tam hipopotamów. Nawet historia opowiedziana przez ks. Czesia o japońskim turyście, którego hipopotam zaatakował, gdy ten próbował zrobić mu zdjęcie błyskając fleszem po oczach, nie zraziła nas do tych zwierzątek. Noc upływa nam w miarę spokojnie, nie licząc paru incydentów, czyli trącania naszych namiotów przez hipopotamy, oczywiście nie wychodzimy jednak, by sprawdzić czy to aby na pewno były hipcie.
     Wczesnym rankiem po śniadaniu ks. Czesław odprawia dla nas mszę św. w jednym z namiotów. To naprawdę wzruszające móc spotkać się o świcie z Panem Jezusem w buszu nad brzegiem rzeki. Około 9 rano wyruszamy łodzią na rzekę na spotkanie z jej mieszkańcami ... Zaraz po wypłynięciu napotykamy sprawców nocnych hałasów - małą rodzinkę hipopotamów. Te bardzo płochliwe stworzenia na nasz widok od razu nurkują pod wodę i tak właściwie za każdym razem, kiedy tylko próbujemy się do nich zbliżyć.
     Wśród fauny i flory malawijskiej jest wiele wspaniałych okazów, które praktycznie występują już tylko w niektórych krajach Afryki, wiele z nich jest pod ochroną, ale i tak znajdą się amatorzy smacznego posiłku. O ile łatwo jest usprawiedliwić kłusowników łowiących ryby w rzece po to, by przeżyć, o tyle kłusownika łapiącego w sidła rzadkie okazy ptaków trudno usprawiedliwiać.
     Wygłodniali po wspaniałej przejażdżce wracamy do obozowiska, tam szybkie pakowanie obozu i ruszamy w dalszą drogę. Następny etap naszej podróży to -

MONKEY BAY - FAT MONKEYS

     Wjeżdżamy w teren górzysty, gdzie obok skał i pagórków rozciągają się przepiękne polany porośnięte drzewami, gdzie niegdzie widać dym unoszący się z chat rozrzuconych po wzgórzach. Wszystko to w blasku słońca wygląda jak na filmach National Geographic. Nie możemy uwierzyć, że jest tak pięknie. Zatrzymujemy się, by poczuć zapach tych gór i ciszę otaczającą nas dookoła. Ruch na drodze prawie żaden, cały czas w oddali, jakieś 2 km za nami, podąża grupa Włochów. Trzymają dystans, by kurz z naszego samochodu nie wpadał im do środka. Mijamy mieszkańców okolicznych wsi leniwie podążających w sobie tylko wiadomym kierunku, czasem na rowerze. Ze strachem patrzą na pędzącego jeepa, zjeżdżają na bok po nierównej polnej drodze.
Baobab przy drodze      Fat Monkeys to osada nad jeziorem Malawi. Jest to jedno z trzech największych jezior Afryki. Osada, do której przybywamy, to miejsce gdzie można przenocować nad samym brzegiem jeziora, zjeść coś i po prostu odpocząć. Rozbijamy obozowisko na plaży nad samym jeziorem. Piasek jest tak gorący, że nie możemy wytrzymać na bosaka. Spieszymy się z rozbiciem namiotów przed zmierzchem, by jeszcze w zachodzącym słońcu wykąpać się w jeziorze. Kiedy wreszcie wykąpani siadamy na piasku nad samym brzegiem jeziora, naszym oczom ukazuje się spektakl tysięcy barw. Słońce mieni się pomarańczą, a wokół niej błyskają wszystkie kolory tęczy. Słońce pomału chowa się za horyzont, blednie coraz bardziej, aż nagle robi się ciemno. Po chwili ze zdumieniem widzimy, że na jeziorze zapalają się małe ogniki. To rybacy, którzy zostali jeszcze na jeziorze, zapalają sobie lampki naftowe. Świerszcze rozpoczynają koncert, a nam mimo zmęczenia podróżą i wrażeniami nie chce się iść spać. Z oddali dochodzą dźwięki muzyki i śpiewu. Postanawiamy sprawdzić, skąd dochodzi ta muzyka. Po paru krokach naszym oczom ukazuje się widok nader dziwny. Czterech chłopców gra na instrumentach, które sami zrobili. Jeden z instrumentów zrobiony jest z małego plastikowego pojemnika po oleju, do niego przytwierdzona jest długa deseczka, na końcu której zamocowany jest drut. Chłopiec przyciskając drut kawałkiem drewienka, drugą ręką zmienia wysokość dźwięku. Drugi z chłopców gra na puszkach po konserwach, na które naciągnięta jest skóra kozy. Uderza pałeczkami zrobionymi z urwanych nieopodal gałęzi. Gdy któraś z pałeczek się złamie, zrywa następną. Późno w nocy kładąc się w namiocie czujemy jak ciepły piasek grzeje nas od spodu. Następnego dnia czeka nas długa droga, wracamy na misję, choć chętnie pozostalibyśmy tu na dłużej, ale przed nami festiwal czterech krajów afrykańskich, do którego trzeba przygotować ośrodek w Lilongwe.

Rafał Boniśniak